środa, 23 października 2013

Rozdział 6

Rozdział 6
Rozbiłam namiot dla mnie i Joe. Mała wtuliła się w moje włosy i szybko zasneła,  a ja odpłynęłam chwilę po niej.
Obudziłam się wczesnym rankiem, ale nie byłam pierwsza. Przy palenisku siedział napakowany koleś, chłopak i dziewczyna uderzająco do siebie podobni jedli akurat śniadanie. Jednocześnie spojrzeli na mnie, poczułam, że się rumienie. Po chwili ciszy pierwsza odezwała się dziewczyna.
- Mia jestem, to Jack, a ten wielki to Leo- kolejno wskazywała podobnego chłopca i ciężarowca. Jakby im się lepiej przyjrzeć to można było dojrzeć w całej trójce uderzające podobieństwo. Mieli mocno zarysowany kontur twarzy i krzywe nosy, tylko napakowany chłopak różnił się od pozostałej dwójki, on miał jasne włosy i niebieskie oczy, a oni długie, czarne włosy i czarne oczy.
Dziewczyna podała mi jajecznice i jadła dalej w milczeniu. 
-to co dziś robimy?- próbowałam zagadnąć ciche towarzystwo.
- obudź dzieciaka- warkneła Mia- i się spakujcie, oraz wyruszamy dalej.
-ale gdzie idziemy ?
- do najbliższego portalu, do Królestwa Mikia-zaczęła zwinąć swój namiot- pakuj się, nie będziemy na ciebie czekać.
Obudziłam Joe, pomogła mi wszystko zwinąć. Po nie całej godzinie ruszyliśmy wydeptaną drogą.
Nie zdawałam sobie sprawy w co się pakuje.

środa, 3 lipca 2013

5

Przepraszam, że tak późno, ale ten kawałek gotowy był już prawie od dwóch tygodni, lecz musiałam się przełamać by go wstawić.
Sorry za wszelkie błędy.

Tej nocy już mnie koszmary nie dręczyły, wręcz przeciwnie, czułam się bezpieczna i wolna. Obudziła mnie Armeta. Jeszcze nie wzeszło słońce nad horyzont, a we trzy byłyśmy już w pełni przygotowane. Teraz pozwolono mi ubrać się w moje ubranie, czarne spodnie, luźną bluzkę oraz jeansową kurtkę.
Szłyśmy podobną drogą jak wczoraj do tej czarownicy. Daleko poza wioską w której tymczasowo mieszkałam dotarłyśmy na mocno pagurkowaty teren.
- czemu tu jest taki nie równy teren?- spytałam.
- widziałaś wczoraj te zwierzęta, które wiedźma trzymała w klatce- odpowiedziała mi mała Joe, po czym dodała- takie szare.
- tak, ale co one mają do rzeczy? - spytałam zbita z tropu.
- no właściwie to wszystko- powiedziała- te zwierzęta to Zmory. Kiedyś , dawno temu zamieszkiwały te tereny- ciągnęła- bo one żyją pod ziemią i tam kopią korytarze mierzące tysiące metrów, ale Zmory przeniosły się daleko w góry. Ich dziury pozapadały się i został taki nie równy teren.
Więcej już nie rozmawiałyśmy. Czasami tylko Armeta rzuciła jakieś stwierdzenie o  pogodzie.
Byłyśmy już bardzo daleko od wioski, kiedy usłyszeliśmy głośny, przenikliwy dźwięk, zauważyłam, że z nieba zbliża się do nas ogromna bezkształtna plama.
-zatknijcie czymś uszy- wrzasnełam i rzuciłam się na ziemię ciągnąć za sobą Joe, a zaraz to samo zrobiła Armeta. Dźwięk ustał i rozejżałam się z myślą, że zagrożenie minęło, niestety myliłam się. To coś wciąż pikowało prosto na nas, to coś nie przypominało już bezkształtnej kuli, a ogromnego ptaka, jakby pterodaktyla. Gdy był już nad nami zakrzeczał raz jeszcze, zakręcił parę kułek i zniżył swój lot. Długimi pazurami wbił się w kore drzew i splunął tuż koło mnie, a jego wydzielina wypaliła dziurę w ziemi i drzewie, po chwili podniósł lot i odleciał, a swoimi długimi skrzydłami ścinał czubki drzew. Obserwowałam go aż zniknął za horyzont. Usiadłam pod drzewem, dopiero teraz adrenalina opuściła moje ciało, widziałam podwójnie i nic nie słyszałam. Otworzyłam oczy i ukazała mi się Armeta wycierająca strużki krwi cieknące od uszu, najpierw Joe potem swoich, momentalnie dotknęłam szyi, nie spływała po niej lepka ciecz więc dopuściłam sobie dalsze oględziny, a zabrałam się za wyciąganie ściułki z włosów.
Ruszyłyśmy w dalszą drogę. Joe długo była roztrzęsiona, ale nadal nikt się się odzywał.
Słońce było coraz bliżej horyzontu, Joe kilka razy proponowała byśmy rozbiły sobie obóz, lecz jej mama zaprzeczała i dodawała, z jesteśmy coraz bliżej i ma nie marudzić. W oddali zobaczyłam jakieś  światełko, gdy byłyśmy bliżej przekonałam się, że to ognisko przy którym stały trzy namioty. Armeta wystukała w drzewie jakiś sygnał. Odczekałyśmy chwilę, aż z jednego namiotu wyszedł niewysoki chlopak, mocno napakowany, ale to jedyne co udało mi się dojrzeć w słabym świetle ogniska.
- miło cię widzieć Armeto, ciebie Joe też i ciebie też...
- Alice - podpowiedziała Joe.
- w takim razie, witaj Alice- powiedział i nie przestawał mi się przyglądać jak zahipnotyzowany. Armeta złapała się za biodra, odchrząkneła i powiedziała głośno do mnie i Joe.
- tu was zostawiam- przyklękneła na jedno kolano i nachyliła się do córki, pocałowała ją w policzek, uścisneła mocno. Potem wstała podała rękę mi i napakowanemu kolesiowi, kazała przyżec, że będę opiekować się Joe i odeszła w stronę z której przyszłyśmy.

czwartek, 23 maja 2013

Rozdział 4

Przepraszam, że rozdziały dodaje tak nie regularnie. Pisze tylko pod wpływem weny.

Rozdział 4
Szłyśmy szybkim krokiem po kamiennej dróżce. Joe przygotowała dla mnie długą  spódnice i tunikę, a włosy zawiązała mi w ogromną huste i przybrała rozłożystym słomkowym kapeluszem, by nie było widać twarzy.
Droga kończyła się w lesie. Zobaczyłam mały domek z kamienia. Z małego komina unosił się różowy, klebisty dym. Przed budynkiem paliło się niewielkie ognisko, a nad nim ustawiony był wielki kociołek z którego boków wisiały różne zeschłe gałęzie i ziela.
Dopiero teraz zauważyłam młodą  kobietę, która kręciła żywo w kociołku. Ona też nas zobaczyła, przeleciała po nas badawczo wzrokiem, wyprostowała  się i uśmiechnęła promienie. Uśmiechnięta wyglądała wręcz olsniewająco. Podeszła do mamy Joe i przywitała ją serdecznie.
- witaj Armeto! Co cię wprowadza w te strony lasu?- spytała dziarskim głosem urokliwa kobieta.
- potrzebuje twojej pomocy, Ermo.- odpowiedziała Armeta, od wzajemniając uścisk.
- pomocy, mówisz...
- widzisz tą wysoka dziewczynę, prawda?
- tak... i zastanawiam się czemu jej nie znam. Dziwne, myślałam, że znam tu wszystkich- spojrzała na mnie, piorunojącym wzrokiem mordercy- masz niesamowitą aurę. Dawno już takiej nie wyczuwałam.- zamilkła na chwilę- Och, Armeto czy to... czy ona...
- tak- przerwała jej krótko mama małej Joe.
- o mój Boże - wyjąkała i usiadła na pieńku.- to nie możliwe. Myślałam, że kontroluje wszystkie portale, a tu pod samym nosem tworzą się coraz to nowe.- zaśmiała się delikatnie, pukając się po czole.- zajmę się nią i zobaczę czy się nadaje.
- och, oczywiscie- przytakneła Armeta- rób co musisz.
Nawet nie zauważyłam, jak jak kobieta chwyciła mnie za rękę i pociągnęła za sobą. Weszłyśmy do jej domku. Trzymała w nim wszelkiego rodzaju zwierzynę choć moją uwagę zwróciła hiena próbując dokopać się do ziemi przez beton, gdy tylko mnie przyuważła zakończyła wcześniejszą czynność, nastraszyła szarą sierść i zaczęła na mnie warczeć.
- uspokuj się Keb- powiedziała krótko do zwierzaka kobieta i rzuciła mu ogromny kawał schabu.- więc mówisz, że nazywasz się Alice Janson.
- jeszcze nic nie powiedziałam.
- wyglądają na bystrą, ale rozpuścić włosy, są takie ładne
- ale jak pani, przecież ja...- zdążyłam wyjąkać zanim tajemnicza Erma rozwiązała chustę i ujrzała moje długie, rude włosy. Zasłaniła usta dłonią i zaklneła cichutko.
- usiądź, proszę.
Posłusznie wykonałam polecenie i przysiadłam na pierwszym fotelu z brzegu. Kobieta zaczęła krzątać się po kuchni, a ja chwyciłam nieduży scyzoryk leżący na półce. Porzucałam nim i obracałam w dłoni, lecz gdy Erma się odwróciła szybko zamknęłam  go w dłoni i schowałam do kieszeni w spódnicy.
- chcesz wrócić na Ziemię, do swojego domu do brata.
- tak, chce tego.
- wiesz, że to będzie trudne do zrealizowania, hm?
- przeczytałam to, zrobię wszystko.
- jeśli naprawdę zrobisz wszystko to musisz zdobyć dziesięć artefaktów, które porozrzucane są po wszystkich planetach. Nie wiadomo jaką mają formę, gdzie się znajdują. Mam tylko nie dokładne dane sprzed ponad stu lat. Myślę jednak, że nie zmieniło się za dużo.
- co mi do tego, nie mam żadnych zdolności, które mogły by mi w tym pomóc.
- ty jesteś do tego stworzona. Jesteś człowiekiem, a to już czyni cię zdolną by znaleźć je wszystkie.
- jak ma mi to pomóc w dostaniu  się spowrotem na Ziemię.
- artefakty zebrane wszystkie w jednym miejsce utworzą legendarną bramę pomiędzy wymiarami, przez którą będzie mógł przejść nawet zwykły ziemianin.- powiedziała- pomoże ci w tym kilka osób, które specjalnie dla ciebie wybrałam. Jeśli się tylko zgodzisz to wyruszysz już jutro. Nie wiem ile będzie trwać ta wyprawa, miejmy nadzieję, że skończył się pomyślnie i jak najszybciej.
- gdzie są te zaginione przedmioty?
- czy ty mnie w ogóle słuchasz- zdenerwowała się- są porozrzucane po wszystkich planetach.
- aha, dobrze.
- zgadzasz się?
- tak
- w takim razie muszę już iść i ty również jutro Armeta zaprowadzi cię w odpowiednie miejsce spotkania.- powiedziała i ruszyła do drzwi- powodzenia.

wtorek, 16 kwietnia 2013

3

Rozdział 3
Następny poranek był bardzo rześki. Obudziłam się dość wcześnie z uwagi na to, że całą noc dręczyły mnie koszmary, a pierwszą myślą po przebudzieniu było czy z bratem i mamą wszystko w porządku. Nie wiem dlaczego o niej myślę, nie kocham jej więc dlaczego tak bardzo interesuje mnie jej los?
"- ale ja jest dziwna- pomyślałam w duchu- ona mnie nie kocha, muszę pamiętać ile krzywd wyrządziła mi przez te szesnaście lat. Ja naprawdę mam coś z głową."
Próbowałam usiąść na łóżku lecz znów powstrzymał mnie przenikliwy ból pleców. Jeszcze gorszy i mocniejszy niż ten wczorajszy. Mimowolnie jęknełam i z łoskotem opadłam na łóżko, które przeraźliwie zaskrzypiało i rozkraczylo się. Nie zwróciłam na to większej uwagi, bo do pokoju weszła mała Joe i zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć znów jęknełam i złapałam się z plecy. Odbiegała do mnie i spytała.
- to ten sam ból co wczoraj?
- jeszcze gorszy- wystękałam- ale w tym samym miejscu... Ała !!!
Krzyknęłam, bo próbowała mnie przewrócić na plecy.
- sama to zrobię- powiedziałam i za pomocą łokci przekręciłam się z brzucha na plecy. Ból trochę zmalał. Małe palce Joe owineły się w około mojej talii. Złapała mnie bardzo mocno, podniosła do góry na parę centymetrów, kręgosłup groźnie zatrzeszczał coś stuknęło i przeraźliwy ból natychmiast ustał.
- już dobrze- powiedziała i otarła łzę spływającą mi po policzku- już nie boli, no nie płacz, prosze.
- dobrze, już dobrze, nie placze- powiedziałam i podniosłam się do pozycji siedzącej. Od wzajemniłam uścisk i Joe pomogła mi wstać. Dopiero teraz poczułam, że od prawie dwóch dni nic nie miałam w ustach. Zaburczało mi w brzuch, co Joe usłyszała i porwała mnie do pomieszczenia w którym wczoraj kłóciła się ze swoją mamą, a które okazało się być kuchnią i jadalnią w jednym.
W pomieszczeniu była już mama Joe, krzątała się po małym pokoiku raz zanosząc talerze na stół, a raz pilnując jedzenia, by nie wykipiało na gazie. Kiedy nas zobaczyła rozpromieniła się jak małe dziecko na widok słodyczy i powiedziała radośnie.
- witajcie moje miłe jak się spało?
Odburknełam pod nosem, że dobrze ale kobieta podeszła do mnie w piruetach i złapała delikatnie za podbródek. Dopiero z tak bliskiej odległości można było zobaczyć zmarszczki robiące się jej naokoło oczu, brwi i ust, uśmiechnęła się promiennie i powiedziała.
- zjedz śniadanie, a przejdą wszystkie twoje smutki. A jak się najesz to pójdziemy do NIEJ, ona zadecyduje co z tobą zrobić.
Znów zakręciła piruety i podała na stół jajka, wszelkiego rodzaju kiełbasy długie i cienkie, mleko, a do niego jeszcze kilka rodzajów płatków owsianych. Pierwszy raz w życiu widziałam tyle jedzenia na stole, nawet w Boże Narodzenie sama przyżądzałam potrawy i były to jedynie kanapki.
- powiedz mi- spytała kobieta gdy już wszystkie siedziałyśmy przy stole- masz jakąś rodzinę?
- mam- odpowiedziałam. Zawiesiłam głowę i Joe zrozumiała, że nie chce o tym mówić więc szybko zmieniła temat.
- mamo- rozpoczela- opowiedz mi w końcu o NIEJ?
- chyba nic się nie stanie, ale nie możesz o tym nikomu opowiadać.- tu Joe pokiwała pokornie głową i czekała aż jej mama rozpocznie opowieść- no więc tak, dziesiątki lat temu kiedy jeszcze was nie było na świecie do naszego kraju przybła stara kobieta, nikt jeszcze nie wiedział, że to była wiedźma- w tym momencie trochę za gwałtownie podniosłam głowę, co pani zauważyła i dodała- tak, wiedźma. Nie dziwcie się tak. Miała ona wyznaczyć osobę, która potrafiłaby odnaleźć zagubione artefakty, które koniecznie muszą być użyte do odbudowania królestwa. Niestety przez cały czas odkąd przybyła do nas, przez portal przeszły tylko dwie osoby, a ty jesteś trzecia, Alice. Tylko osoby z innych wymiarów potrafią odczuwać obecność artefaktów. My, rydzenni mieszkańcy Latfferi, nie mamy już tak wyrzuconych zmysłów, ot to cała historia. Po śniadaniu pójdziemy do niej. Musisz się chociaż przedstawić, Alice. Poza tym ona zna różne czary i może cię wprowadzić znów do twojego świata. O tak, ona potrafi chyba wszystko.
Tak skończyła swą wypowiedź, wstała i sądem sprzątać że stołu. Przystąpiła jeszcze chwilę przy oknie i po namyśle dodała- bierzecie się ładnie, a ty Joe daj Alice ubranie, tylko żeby zasłaniali jej włosy i twarz.
- dobrze, już lecę.- to odpowiedzialny, Joe ruszyła pędem do pokoju ciągnąć mnie za ramię.

poniedziałek, 1 kwietnia 2013


2
 Usłyszałam za sobą kroki, zbyt lekkie jak na kogoś dorosłego. Od razu pomyślałam o tej dziewczynce i nie omyliłam się. Nachyliła sie nade mną i powiedziała.
- Nie krzycz tak, tu nie jest bezpiecznie- spojrzała na mnie podejrzliwie i spytała się- Gdzie cię boli?
- W krzyżu- stęknęłam żałośnie, wskazując palcem miejsce bólu.
- Połóż się na brzuchu- wykonałam posłusznie polecenie, owa mała dziewczynka liczyła coś i mierzyła na moich plecach- a teraz się nie ruszaj- wykonała jakiś energiczny ruch, mocno uderzyła mnie w plecy nad miejscem bólu, którego już nie czułam. Wstałam, dopiero teraz mogłam się jej dokładnie przyjrzeć miała krótkie czarne włosy, skośne oczy i wydatne usta, teraz wydawała się trochę większą niż z daleka.
Stałyśmy na polanie. Dużej, nie mogłam już dostrzec nawet skaju lasu. Zewsząd nadlatywały ptaki, przyłaziły zwierzątka.
- Jesteś stąd?- spytała nieśmiało dziewczynka.
- Zależy - odpowiedziałam, a jednocześnie zastanawiałam się gdzie dokładnie jestem. Nie znałam tej strony lasu.
- Od czego?- dopytywała się mnie.
- Od tego  gdzie teraz jesteśmy- wyjaśniłam pokrótce.
- Jesteśmy w Latfferii.
- Nie kojarzę takiej dzielnicy.- zdumiałam się.
- Nie- zdziwiła  się, lecz po chwili na jej twarzyczce pojawiło się podniecenie.-  więc nie pochodzisz stąd?
-Nie. Urodziłam się w Nowym Jorku.
- Z jakiej planety jesteś ?- spytała, a oczy zalśniły jej podejrzanie. 
- No z Ziemi- powiedziałam trochę zakłopotana dziwnymi pytaniami. Skośne oczy zalśniły jej w delikatnym słońcu, a ja trochę zdziwiona spytałam tylko- czy coś tym  dziwnego?
- Nie chyba nic, ale choć ze mną, tu nie można zostać na noc!- to powiedziawszy, chwyciła mnie za łokieć i pociągnęła za sobą.


- co do chol... - zdążyłam wyjąkać, zanim mała dziewczynka zasłoniła mi usta dłonią.
- ciii, tu nie wolno nic mówić, jesteśmy obserwowane- powiedziała i już działa iść, lecz widząc, że nic nie rozumiem z tego co mi powiedziała, dodała jeszcze- przez drzewa. Choć już!! 
Ciągnięta przez moją mała towarzyszkę co chwilę wpadałam do nie dużych dziur w wilgotne ściółce, jakby wykopanie przez stado psów. Po dłuższej chwili męczącego biegu, stanęłyśmy w centrum uroczej, małej wioseczki. Okrążały na małe domy, dachy miały ze słomy, a ściany ulepione z gliny. Weszłyśmy do jednego z domostw. Ciemne światło uderzyło mnie po oczach, jakaś starsza pani kręciła się jeszcze przez chwilę po małym pokoiku, zanim czarno skóra  dziewczyna odchrząknęła i powiedziała. 
- Witaj mamo. Zobacz kogo przeprowadziłam- na te słowa kobieta, która okazała się być trochę grubszą wersją dziewczyny, odwróciła się przyjrzała mi się badawczo i odpowiedziała tylko.
- po co, wiesz przecież, że nie może zostać, a tym bardziej, że nie dam rady jej wykarmić.- i to powiedziawszy powróciła do swoich zajęć.
- Mamo!- powiedziała z wyrzutem dziewczyna- ona nie ma dokąd pójść!
- nic mnie to nie obchodzi ! Ona tu nie zostanie i…
- ale!...
- Nie przerywaj mi- krzyknęła, zdenerwowana wyglądała bardzo  groźnie. – ona tu nie zostanie i koniec kropka.  Masz ją stąd zabrać i zaprowadzić tam skąd przyszła. – kobieta odwróciła się i wróciła do swoich zajęć, które brutalnie jej przerwałyśmy.
- ona nie może wrócić, bo...
- nic mnie to nie obchodzi- rzuciła krótko.
- bo przeszła przez portal.- dokończyła dziewczynka, groźnie wpatrując się w plecy swojej mamy, małymi, skośnymi oczkami.
W tej chwili kobieta upuściła na podłogę talerz który właśnie wycierała, podeszła do nas, złapała córkę za brodę i powiedziała.
- Joe mam nadzieje, że mówisz prawdę- dziewczyna tylko kiwnęła głową na znak, że rozumie.- posprzątaj naczynia ja musze z nią porozmawiać.
Joe podeszła do resztek talerza i zaczęła je sprzątać, a jej mama chwycił mnie mocno za ramie i poprowadziła przed sobą do jakiegoś pokoju. Zatrzasnęła głośno drzwi i powiedziała.
- Jak się nazywasz?
- Alice Jonson- powiedziałam zanim zdążyłam ugryźć się w język.
-  No Dorze. Skąd jesteś?
- mówiłam już pani córce, że jestem z Ziemi.
- jak tu trafiłaś?
- Joe mnie przyprowadziła.
- jak trafiłaś do Latfferii!
- no… chodziłam sobie po lesie.. na Ziemi… jak zobaczyłam Joe to za nią pobiegłam, ale ona mnie zobaczyła i wskoczyła między drzewa i znikła, a ja wskoczyłam za nią i spadłam…- powiedziałam zażenowana tym co słyszę.
- jak zobaczyłaś portal czy go nie widziałaś?
- zobaczyłam, jakby srebrna mgiełka unosiła się pomiędzy drzewami- odpowiedziałam.
- no dobrze.- powiedziała i zamyśliła się na chwilę- możesz tu zostać, ale jutro pójdziemy do niej.- te ostatnie słowa powiedziała już jakby do siebie- jesteś głodna, chcesz kolacje?
- nie dziękuje może będzie lepiej jak się już położę- odpowiedziałam i mimowolnie okręcałam pasemko rudych włosów na długich palcach.
- no dobrze. Będziesz spała tutaj, nie wychodź już na zewnątrz, nie wyglądasz jak tutejsi. Najlepiej jakby cię nikt nie widział jutro.- skończyła i w zamyśleniu wyszła z pokoiku.
Spojrzałam w lustro przymocowane do małej szafy. Wyglądałam normalnie, a przynajmniej tak jak zawsze. Miałam długie rude włosy, czarne oczy i bladą cerę obsypaną piegami. Usiadłam powoli na łóżko, zaskrzypiało żałośnie, a ja położyłam się i leżałam jeszcze dość długo zastanawiając się co robi mój brat czy mama. Odrzuciłam od siebie te myśli. Przytuliłam się do poduszki.
Zasnęłam.    



środa, 13 marca 2013


1
Byłam zwykła dziewczynką. Tak na pierwszy rzut oka.
Moja historia zaczyna się pewnego jesiennego dnia, kiedy zostałam wyrzucona z domu przez własną matkę. Niektórzy pomyślą, że usiądę na ganku i jak matce minie złość to wrócę po cichu do swojego pokoju, ale to nie z nią … zdarzało się, że wyrzucała mnie lub mojego brata z domu na parę dni, a czasami nawet tygodni. Tym razem nie było inaczej. Stałam przed domem jak jakaś głupia, w nadziei, że może stanie się cud, lecz nic się nie stało. Był wieczór, pomyślałam o tym, że przez parę dni będę musiała spać na dworze, a zapowiadało się na deszcz więc czym prędzej ruszyłam przed siebie, w nadziei, że szybko znajdę jakieś w miarę wygodnie i suche miejsce do przespania kilku następnych nocy.  Dość szybko odnalazłam w lesie stary domek, który pokazał mi mój brat, tak na wszelki wypadek, gdyby mama znów wyrzuciła mnie z domu.
Rozpaliłam w kominku, dopiero gdy porządnie się rozgrzałam, żałowałam, że nie wzięłam ze sobą żadnych pieniędzy. Dopiero po dwóch godzinach poczułam głód. Zajrzałam w nadziei za obluzowaną deseczkę w ścianie pod dużym, bardzo brudnym oknem. Miałam szczęście, znalazłam paczkę chipsów,  parę kawałków chleba i trochę twarogu, w domu i tak nie mogłam by liczyć na nie lepszego, a to musiało pozostać po ostatniej ucieczce mojego brata. Jadłam powoli myśląc, co będę robiła następnego dnia. Po godzinie żucia w miarę świeżego jedzenia, uznałam, iż nie rozsądnie byłoby zjeść wszystko jednego dnia. Odłożyłam jedzenie za deseczkę. Pomyślałam o tym, że czasami w chatce nie było nic do jedzenia, wtedy często chodziłam po lesie i szukałam owoców, lecz teraz, byłam najedzona, jednakowoż ciągle bardzo zmęczona. Przyciągnęłam sobie trochę bliżej kominka stertę poduszek, ułożyłam się wygodnie i jeszcze przez chwilę nasłuchiwałam jak deszcz bębni w dach, ale zaraz zmorzył mnie głęboki, słodki sen.
Następnego dnia obudziłam się wcześnie rano, jeszcze przed wschodem słońca. Przez chwile leżałam zwinięta do pozycji embrionalnej, martwiłam się jak przeżyje bez wody i z bardzo małym zapasem jedzenia. Po chwili jednak wstałam, „ nie mogę się  nad sobą użalać-  powiedziałam sobie w duchu- muszę wziąć się w garść. Pójdę do lasu, nazbieram deszczówki i jagód”.
W drodze przez las, pogwizdując cicho nazbierałam całkiem pokaźną torbę jagód i butelkę wody deszczowej. Po pewnym czasie jednak rozerwała mi się torba, która zahaczyła o gałąź. Przykucnęłam i szybko zbierałam owoce do kieszeni zanim zdążyłyby obsiąść je mrówki i inne robactwo, wyprostowałam się i  ruszyłam dalej przed siebie. W końcu dotarłam do części lasu kompletnie mi nie znanej. Nagle dostrzegłam w śród drzew małą, czarnoskórą dziewczynkę, nie zdążyłam się jej dobrze przyjrzeć, kiedy nagle dziewczynka mnie zauważyła, zlękła się i wskoczyła między dwie cienkie brzozy. Szybko podbiegłam do tego miejsca, pomiędzy drzewami unosiła się jasna mygła. Włożyłam do niej rękę, a ona jakby rozbiła się na miliony kawałeczków, na tysiące atomów. Instynktownie wyciągnęłam rękę  i obmacałam czy jest cała. Po chwili zastanowienia weszłam tam cała. Świat obrócił się do góry nogami. Nie wiedziałam czy mam oderwać nogi od nie pewnego podłoża, czułam, że nie wytrzyma ono długo. Postanowiłam zaryzykować, oderwałam obie nogi jakby w podskoku, spadałam przez minutę może dwie, nagle uderzyłam plecami o coś twardego, poczułam pod palcami trawę. Próbowałam wstać,  lecz powstrzymał mnie przenikliwi ból w krzyżu. Krzyczałam.