środa, 3 lipca 2013

5

Przepraszam, że tak późno, ale ten kawałek gotowy był już prawie od dwóch tygodni, lecz musiałam się przełamać by go wstawić.
Sorry za wszelkie błędy.

Tej nocy już mnie koszmary nie dręczyły, wręcz przeciwnie, czułam się bezpieczna i wolna. Obudziła mnie Armeta. Jeszcze nie wzeszło słońce nad horyzont, a we trzy byłyśmy już w pełni przygotowane. Teraz pozwolono mi ubrać się w moje ubranie, czarne spodnie, luźną bluzkę oraz jeansową kurtkę.
Szłyśmy podobną drogą jak wczoraj do tej czarownicy. Daleko poza wioską w której tymczasowo mieszkałam dotarłyśmy na mocno pagurkowaty teren.
- czemu tu jest taki nie równy teren?- spytałam.
- widziałaś wczoraj te zwierzęta, które wiedźma trzymała w klatce- odpowiedziała mi mała Joe, po czym dodała- takie szare.
- tak, ale co one mają do rzeczy? - spytałam zbita z tropu.
- no właściwie to wszystko- powiedziała- te zwierzęta to Zmory. Kiedyś , dawno temu zamieszkiwały te tereny- ciągnęła- bo one żyją pod ziemią i tam kopią korytarze mierzące tysiące metrów, ale Zmory przeniosły się daleko w góry. Ich dziury pozapadały się i został taki nie równy teren.
Więcej już nie rozmawiałyśmy. Czasami tylko Armeta rzuciła jakieś stwierdzenie o  pogodzie.
Byłyśmy już bardzo daleko od wioski, kiedy usłyszeliśmy głośny, przenikliwy dźwięk, zauważyłam, że z nieba zbliża się do nas ogromna bezkształtna plama.
-zatknijcie czymś uszy- wrzasnełam i rzuciłam się na ziemię ciągnąć za sobą Joe, a zaraz to samo zrobiła Armeta. Dźwięk ustał i rozejżałam się z myślą, że zagrożenie minęło, niestety myliłam się. To coś wciąż pikowało prosto na nas, to coś nie przypominało już bezkształtnej kuli, a ogromnego ptaka, jakby pterodaktyla. Gdy był już nad nami zakrzeczał raz jeszcze, zakręcił parę kułek i zniżył swój lot. Długimi pazurami wbił się w kore drzew i splunął tuż koło mnie, a jego wydzielina wypaliła dziurę w ziemi i drzewie, po chwili podniósł lot i odleciał, a swoimi długimi skrzydłami ścinał czubki drzew. Obserwowałam go aż zniknął za horyzont. Usiadłam pod drzewem, dopiero teraz adrenalina opuściła moje ciało, widziałam podwójnie i nic nie słyszałam. Otworzyłam oczy i ukazała mi się Armeta wycierająca strużki krwi cieknące od uszu, najpierw Joe potem swoich, momentalnie dotknęłam szyi, nie spływała po niej lepka ciecz więc dopuściłam sobie dalsze oględziny, a zabrałam się za wyciąganie ściułki z włosów.
Ruszyłyśmy w dalszą drogę. Joe długo była roztrzęsiona, ale nadal nikt się się odzywał.
Słońce było coraz bliżej horyzontu, Joe kilka razy proponowała byśmy rozbiły sobie obóz, lecz jej mama zaprzeczała i dodawała, z jesteśmy coraz bliżej i ma nie marudzić. W oddali zobaczyłam jakieś  światełko, gdy byłyśmy bliżej przekonałam się, że to ognisko przy którym stały trzy namioty. Armeta wystukała w drzewie jakiś sygnał. Odczekałyśmy chwilę, aż z jednego namiotu wyszedł niewysoki chlopak, mocno napakowany, ale to jedyne co udało mi się dojrzeć w słabym świetle ogniska.
- miło cię widzieć Armeto, ciebie Joe też i ciebie też...
- Alice - podpowiedziała Joe.
- w takim razie, witaj Alice- powiedział i nie przestawał mi się przyglądać jak zahipnotyzowany. Armeta złapała się za biodra, odchrząkneła i powiedziała głośno do mnie i Joe.
- tu was zostawiam- przyklękneła na jedno kolano i nachyliła się do córki, pocałowała ją w policzek, uścisneła mocno. Potem wstała podała rękę mi i napakowanemu kolesiowi, kazała przyżec, że będę opiekować się Joe i odeszła w stronę z której przyszłyśmy.